Królowa

Czasami… boli. To, jak moje sny zawsze dryfują w ten sam sposób, ku tej samej istocie. Boli sama myśl, że mógłbym o niej śnić. Ale zawsze pojawia się, obleczona w kolory, lśniąca, wspaniała. I bezwzględna. A ja wyczuwam tę rysę… tę… skazę.

Gdy przychodzi w czerwieni, jest jak oddech lata, jak dotyk wiosny, jak pajęczyna wspomnień. I prowadzi mnie ku mgłom, ku drzewom, ku małym kwiatom na łące, której mogłabym dotknąć palcem, a ona rozwiewa się w marzeniach.

Czasem przychodzi obleczona w niebieskość. I wtedy chmury spadają z nieba, a błękit razi swoim blaskiem, jakby wydarty wprost z rąk bogów. I wtedy wędrujemy tęczą, ku słońcu i dalej, ku strąconym gwiazdom i bezkresnym kraterom księżyców…

I wtedy chcę, by przyszła znowu…

…obleczona w zieleń. Jej śpiew brzmi niczym rosa o zimnym poranku, jak kropelki deszczu wybijające rytm na parapecie okna, jak muśnięcie motyla. Chciałbym wtedy iść za nią ku krainom, które nigdy nie widziały człowieka, a gęste szmaragdy układają się pod nogami, niczym szklany podarunek…

Ale czasem… …czasem, przychodzi odziana w czerń. I wtedy… …boję się otworzyć oczy, by nie zobaczyć, jak moje sny rozwiewają się bezlitośnie w świetle umierającego słońca…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *