Kot, Lis i Kruk – Prolog

Oto prolog mojej opowieści o pewnym fae i pewnym chłopcu i pewnym budzącym się ze snu, głodnym bogu.

Nie pamiętał wiele z wielkiej wojny między ludźmi a kilyanami z fae. Jakby mgła przesłoniła jego zmysły, a on zapadł się podczas niej pod ziemię, zimną, twardą, ale jednocześnie tak zmysłowo chłodną i zapraszającą. Tak sobie to przynajmniej wyobraził, tego chciał. Chciał zniknąć, gdy fae zabijały jego przyjaciół, jego braci. Próbował używać miecza, ale był zbyt młody, żeby umieć właściwie się im posługiwać. Kolejny chłopiec użyty jako mięso armatnie, kolejne nieznaczące młode życie, zakończone zbyt wcześnie. Kilyańscy magowie nawet nie musieli wchodzić na pole bitwy, by zmiatać wrogów z ziemi zaklęciami, o istnieniu których ludzie nie mogli nawet zamarzyć. Tiyo mógł jedynie próbować nie zostać brutalnie zabitym.

Bitwa, w której wtedy brał udział, była szczególnie okrutna. Król kilyanów rzucił na ludzi krithary. Bestie rozszarpywały swoje ofiary kościstymi pazurami i podwójnymi szczękami, jakby wykonanymi z metalu. Fae pamiętały, by dodać do tego jeszcze ogromny apetyt na ludzi, kiedy je tworzyły. Wzmacniało to strach, a fae uwielbiały kiedy ludzie się ich bali.

Tiyo miał wtedy dwanaście lat, ale jego twarz pokrywała krew, a z jego oczu płynęły łzy. Strachu, czy żalu, gniewu, czy rozpaczy, czy miało to znaczenie? Gdzie były saru z fae, którzy chronili ich przed swoimi demonicznymi braćmi? Gdzie dobre istoty, które obiecywały im pokój i trzymanie Braci Mroku na smyczy?

Płacząc, a raczej szlochając ze strachu, rzucił bezużyteczny miecz o ziemię, rozsmarowując dłońmi łzy. Fae go nie atakowali, zastanawiał się dlaczego. Właściwie nie zastanawiał się, po prostu czuł, że przechodzą obok, celując w dorosłych mężczyzn, których krzyki przeszywały gęste powietrze i którzy walczyli z brutalnością charakteryzującą tylko przegraną sprawę.

Tiyo widział, jak wojownik fae, wysoki, bez zbroi, ale pokryty mgłą i cieniem, patrzy na niego, ale znowu go mija, a jego twarz wyraża rozbawioną pogardę.

Z jakiegoś powodu był zły. Dlaczego go nie atakują, jakby był tak łatwy do usunięcia, że ​​usunięcie nie było konieczne. Ptaki drapieżne krążyły już w powietrzu, a ich oczy śledziły nie tylko martwych mężczyzn na polu bitwy, ale także chłopca.

„WALCZ TCHÓRZU!!” usłyszał krzyk po swojej prawej stronie i zobaczył ludzkiego żołnierza, całego w niebieskiej krwi fae. Jego miecz ociekał płynem, który kiedyś płynął w żyłach fae. W jakiś sposób to go zasmuciło. Nawet jeśli wojna nie była jego winą, czuł się winny, że tak wielu fae i jego własny lud zginęło tej nocy.

Próbował podnieść miecz, żeby jakoś posłuchać nieznanego człowieka i walczyć, zrobić coś, by nie okazać się całkowitą porażką, ale ręce mu nagle zdrętwiały, powietrze zgęstniało jeszcze bardziej, gdy pochodziło z pieca.

Tiyo poczuł jak w jego bok wbija się zaklęcie. Nie było krwi, tylko drążące uczucie i ból. Spojrzał powoli, bezsilnie, przed siebie i ujrzał najpiękniejszą istotę, jaką kiedykolwiek widział. Blade, prawie przezroczyste oczy patrzyły na niego zimno, długie, białe włosy rozwiewał wiatr, a jego pociągła, charakterystyczna dla kilyan twarz, nie wyrażała wściekłości, która towarzyszy walce. Była to twarz-maska, obojętna, nie mająca do niego żadnej urazy, ale ukazująca tyle pogardy, że Tiya przeszedł dreszcz. Drążące zaklęcie nie przestawało toczyć jego ciała, z jego gardła dobył się jęk, cichy, mdły, ból, który czuł, by nie do zniesienia. Fae podszedł do niego powoli, a w jego dłoni o smukłych palcach pojawiła się włócznia. Tiyo pomyślał bezsensownie, że jest piękniejsza od shee, który ją trzymał.

Kilyan, niemy, piękny i obojętny, stojąc pośrodku pola bitwy, jakby wszystko wokół w ogóle go nie dotyczyło, jakby nie mógł być trafiony przez wroga, uniósł powoli włócznię. Tiyo, zmęczony, nękany bólem powodowanym przez zaklęcie, nie mający siły nawet krzyczeć, opadł na zalaną krwią ziemię. Pachniała żelazem, ale także tą dziwną wonią trawy, którą wydawała krew fae. Tutaj nie było nawet trawy, pomyślał nagle, czując, że zaraz zemdleje, ból go otępiał, trawę zdeptały krithary, glebę splamiła krew walczących armii, nie było tu życia.

Czekał na cios. Kilyan nad nim wydawał jakieś dźwięki w swoim delikatnym języku, który brzmiał jak ciekły sen. Tiyo nie chciał już walczyć. Miał dość, dość swojego ojca, który kazał mu walczyć, mimo, że był jeszcze dzieckiem; na fae, że w ogóle istniały, na króla Robhara, który myślał, ze może walczyć z magią. Zabij mnie, zabij mnie, zabierz ten ból. Chłopak zwinął się w pozycji embrionalnej, pragnąc, by wszystko co się wokół niego działo, skończyło się.

Wtedy poczuł porażające zimno. Śmierć. Kilyan trafił mnie, a ja jestem na tyle otumaniony, że nawet tego nie zauważyłem. Ale po kilku sekundach, Tiyo zorientował się, że zimno nie dotyka jego, ono go opływa. Białowłosy mag fae zaczął do kogoś mówić, szybko, świergotliwie. W odpowiedzi uzyskał pomruk, który równie dobrze mógł należeć do człowieka, jak i budzącej się burzy. Była w nim pierwotna siła, która przeraziła chłopca bardziej niż walka, bardziej niż krew wokół niego.

„Us’slu man’ki sarra’l” tym razem miękki, głos nad jego trzęsącym się ciałem. Tiyo obawiał się spojrzeć na tego, kto wymówił te dziwne słowa, nie chcąc ujrzeć właściciela głosu. Czuł, że było w nim zimne zło, skamieniałe okrucieństwo.

Tiyo nie rozumiał, co powiedział shee, ale nagle jego ciało ogarnęło ciepło, zastępując porażające zimno. Chłopiec odważył się unieść nieco oczy, ale widział tylko dwie plamy: jasną, należącą na pewno do białowłosego kilyana, odzianego w białe szaty. Druga była kompletnie czarna. Obraz przed jego oczami zaczął skakać, Tiyo wydawało się, że widzi dwie czarne dziury zamiast oczu, ziejące pustką, przywodzące na myśl bezgwiezdną noc i głębię oceanu, który przemierzał jego ojciec na frachtowcu, metalowym kolosie, który mieścił tysiące ludzi. Fae nie używały metalu, tylko światła i nocy. Nawet włócznia białowłosego była stworzona z czystego promienia słońca.

Czarne oczy wwiercały się w jego duszę. Nie widział ich dokładnie, ale wiedział, że tam są. Czarny kilyan zdawał się rosnąć w jego umyśle, osiągając wzrost kolosa podobnego do statku jego ojca, monumentu. Ogarnęła go panika, ale nie mógł się podnieść, był za słaby, chociaż zaklęcie już nie zadawało bółu, nie zauważył, kiedy mag shee przestał go atakować.

Zamknął oczy, czując, ze czarny fae pochyla się nad nim. Poczuł zapach kwiatów i obmytego deszczem świata po burzy.

„Nie…nie zabijaj mnie…” zdołał tylko wydusić z siebie Tiyo. Ale fae zaśmiał się, brzmiało to, jakby ktoś grał na dzwonkach.

„Ludzkie dziecię” powiedział w języku Sargonu, jego języku. „Zostałeś tu zesłany za wcześnie” ton jego głosu obniżył się, przeszedł w szept, kiedy zimny oddech shee dotknął jego szyi. „Ale dzieci to cenna zdobycz. Nie powinieneś tu być, a ja nigdy nie przepuszczę okazji zdobycia przysięgi…”

Tiyo, odurzony zapachem kwiatów i miękkim głosem kilyana, nie mógł powstrzymać senności. Zabiją go, teraz go zabiją…

Chłopak zemdlał, jego ostatnim słowem było „proszę”.

„Prosisz?” miękki głos zabarwiło rozbawienie. „Jestem tu, by tę prośbę spełnić.”

Ale Tiyo już go nie słyszał. Bitwa trwała, fae eliminowały ludzi w zastraszającym tempie, ale on leżał, jakby otoczony ochronną bańką, jakby cała wojna miedzy kilyanami a ludźmi go nie dotyczyła. Spał niczym dziecko, którym przecież był. Spał snem bez snów, podczas gdy imperium ludzi zostało pokonane przez siły shee.

Nad polem bitwy, teraz opuszczonym, spadł śnieg. Śnieg, który zawsze panował w krainie kilyanów. Królestwo fae zagarnęło ludzkie, nawet pogoda o tym świadczyła. Ktoś niósł Tiyo, ktoś o oczach czarnych jak węgiel i czarnych włosach, niczym pióra kruka.

A latka lecą…

Co by powspominać, wskoczyłam na forum Tomb Raidera, na którym udzielałam się całe eony temu. Kiedy to Lara kosiła dinozaury, a i ja czasem je widywałam na łące (tak dawno temu to było).

Garść cytatów – moich wypocin:

Przecież Kurtis ma taką śliczną pupkę, na którą warto popatrzeć. Gdyby Larę zastąpiono Kurtisem, tężyzna ogólna TR bardzo by wzrosła. Poza tym ileż godzin niespokojnych w czekaniu na to, by Kurt wydał jęk świadczący o tym, że wspina się po stromym terenie (lub opada w dół, ciężko oddychając).

Co do ego Kurtisa – ma normalne, jeśli przyjrzymy się jego umiejętnościom i poszczególnym częściom ciała, będziemy wiedzieli, że ma powody do dumy. ^^

A kto zagłosował na Secika? Oczywiście ja. Bo jestem sercem egipska i strasznie pustynna i Seth jest poniekąd moim zboczonym patronem. ^^ Zanim zaczęłam grać w TR: LR wiedziałam, że papsiułek będzie moim sekretnym growym kochankiem.

Potwierdzam, że nadal jestem tak niewyżyta 🙂  I o zgrozo, nadal lubię (eh, lubię…) tych oto facecików.